1. Wczoraj wielkie emocje w Sejmie między innym i związku z emocjami wywołanymi w związku z głosowaniem o umieszczeniu w porządku obrad nowelizacji kodeksu wyborczego, odwróciły uwagę od epokowego moim zdaniem spostrzeżenia wicemarszałek Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, które moim zdaniem powinno przynieść przełom w teorii ekonomii dotyczącej roli banku centralnego w gospodarce.

Podczas debaty sejmowej dotyczącej informacji premiera o sytuacji epidemiologicznej związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Polsce, w części poświęconej zadawaniu pytań, kandydatka na prezydenta z Platformy Małgorzata Kidawa-Błońska, rozpoczęła swoje wystąpienie od stwierdzenia „w banku są wielkie pokłady pieniędzy, a rząd mówi, że nie ma pieniędzy”.

To „wybitne spostrzeżenie” kandydatki na prezydenta z ramienia Platformy jak się wydaje nawiązuje do wystąpienia Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego (NBP), który w połowie marca na konferencji prasowej w Kancelarii Premiera w obecności Mateusza Morawieckiego, zapewniał, że bank centralny użyje wszystkich instrumentów, które ma w swoim arsenale, aby zapewnić płynność polskiej gospodarce.

Mówił także, że bank centralny ma w swoich zasobach wystarczające zasoby pieniądza gotówkowego, aby umożliwić niezakłócone funkcjonowanie wszystkich bankomatów jakie posiadają banki komercyjne w naszym kraju (w połowie marca w związku z ogłoszeniem zamknięcia granic i konieczności pozostania w domach, zaczęło się zwiększać zapotrzebowanie na gotówkę ze strony klientów banków).

2. Prezes Glapiński jak zapowiedział tak zrobił zarówno zarząd NBP jak i Rada Polityki Pieniężnej (RPP), nie mają precedensu w dotychczasowej historii oddziaływania polityki monetarnej na polską gospodarkę.

Już pierwszego dnia po podęciu tych decyzji, NBP przeprowadził pierwszą od 10 lat tzw. operację repo o wartości aż 7,3 mld zł, polegającą na skupie przez NBP obligacji skarbowych na rynku wtórnym w tym przypadku od banków komercyjnych, co w uproszczeniu można przedstawić jako pożyczkę udzieloną pod zastaw papierów wartościowych na (operacje repo polegają na tym że wspomniane obligacje skarbowe sprzedający zobowiązuje się odkupić po upływie określonego czasu).

Jednocześnie NBP zobowiązał się w komunikacie do zakupu obligacji skarbowych od banków komercyjnych na dużą skalę w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku, co oznacza, że banki komercyjne uzyskały sygnał, że tego rodzaju zasilenie w płynność ze strony banku centralnego jest przewidywane w długim okresie i w dużej skali.

Skup obligacji skarbowych na taką skalę w ramach operacji otwartego rynku, będzie miał również pozytywny wpływ całościowo na rynek wtórny tych papierów, a także na stabilizację ich cen, ponieważ banki komercyjne w związku z wprowadzeniem podatku bankowego, kupiły bardzo dużo tych papierów.

3. Jednocześnie NBP zdecydował się również na użycie instrumentu, którego do tej pory nie używał, ba kolejni prezesi wręcz się od tego odżegnywali, czyli tzw. luzowania ilościowego znanego z praktyki działania Europejskiego Banku Centralnego (EBC), Rezerwy Federalnej USA czy kilku innych banków centralnych.W EBC to tzw. program TLTRO czyli skup aktywów nie tylko z sektora bankowego ale także sektora przedsiębiorstw, w przypadku NBP będzie to swoisty kredyt wekslowy dla banków komercyjnych, co z kolei powinno na większą skalę umożliwić refinansowanie kredytów udzielanych przez banki przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym.

Wreszcie trzeci instrument to obniżenie stopy rezerwy obowiązkowej z obecnych 3,5% do zaledwie 0,5% oraz wyraźnego podniesienia oprocentowania tej rezerwy z dotychczasowych 0,5% do poziomu stopy refinansowej czyli obecnie po obniżce do 1,0%. Ten instrument z kolei spowoduje, że powstanie dodatkowy bufor płynnościowy dla banków komercyjnych, a także obniży ich koszty z tytułu utrzymania rezerwy obowiązkowej w NBP.Jednocześnie decyzje RPP o obniżce stóp procentowych banku centralnego generalnie o 0,5 pkt procentowego, spowodowały, że stopa referencyjna NBP wynosi tylko 1%, stopa lombardowa 1,50%, stopa depozytowa 0,50% stopa redyskonta weksli 1,05%, a stopa dyskonta weksli 1,10%.

4. Ale wszystkie te decyzje NBP zdecydowanie poprawiające płynność systemu bankowego, nie oznaczają, że do tych środków ma dostęp rząd, który przy ich pomocy może sfinansować potrzeby państwa.Wieloletnia posłanka, minister rządu Donalda Tuska, wicemarszałek po tylu latach pracy w Sejmie, powinna wiedzieć, że w Konstytucji RP w art. 220 ust.2 jest zapisane wprost, że „ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa”.

A więc mówiąc wprost wydatki państwa nie mogą być finansowane przez NBP, a gdyby tak się stało, to oznaczałoby wprost złamanie Konstytucji RP, ze wszystkimi tego prawnymi i ekonomicznymi negatywnymi skutkami.Tak w NBP są jak mówi kandydatka na prezydenta Kidawa-Błońska „wielkie pokłady pieniądza” ale rząd musi się trzymać od nich z daleka, bo polityka pieniężna w każdym cywilizowanym kraju jest wyłącznością banku centralnego.

Kandydatka na prezydenta i wieloletnia posłanka, która tego nie wie i daje temu wyraz publicznie, powinna czym prędzej nie tylko zrezygnować z kandydowania ale także złożyć mandat poselski, bo formacja którą reprezentuje może zostać uznana za niebezpieczną dla państwa, w sytuacji kiedy toleruje takie poglądy u swoich wiodących polityków.Po tej wypowiedzi, nie będzie więc nie tylko Nobla z ekonomii dla Kidawy-Błońskiej, ale pozostanie ogromny wstyd.

1. Wczoraj zakończyła się koordynowana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych akcja #LotDoDomu, ogłoszona tuż przed zamknięciem polskich granic w związku z pandemią koronawirusa.

Rząd postanowił, że w związku z narastaniem zagrożenia koronawirusem, zamyka granice, a Polacy którzy znaleźli się za granicą i będą chcieli do Polski wrócić, mogą to zrobić samolotami LOT-u, wykupując bilety po zryczałtowanych cenach, tańszych na trasach europejskich i droższych z innych części świata, a Rada Ministrów postanowiła, że do tych przelotów dopłaci około 1/4 ceny biletu (ceny biletów w klasie ekonomicznej w Europie ok. 400 zł, poza Europą ok. 1600 zł).

Zainteresowanie tymi powrotami okazało się ogromne już w pierwszych dniach akcji na stronie LOT-u zarejestrowało ponad 30 tysięcy pasażerów i z każdym kolejnym dniem chętnych przybywało.

2. Jak poinformował wstępnie LOT w ramach akcji #LotDoDomu od 15 marca do 5 kwietnia, a więc zaledwie w ciągu 22 dni, jego samoloty wykonały 388 lotów, a z 71 lotnisk całego świata przywieziono ponad 55 tysięcy Polaków.

Ponieważ większość krajów, w których przebywali Polacy w tym czasie zamknęła swoje granice, przygotowanie każdego z tych przelotów oprócz logistyki lotniczej wymagało zaangażowania ministerstwa spraw zagranicznych i polskich przedstawicielstw w tych krajach, aby umożliwić najpierw lądowanie, a później start naszych samolotów.

Polskie samoloty wykonywały loty nawet do krajów, z którymi nie mamy bezpośrednich połączeń (np. do Australii), co wymagało zapewnienia międzylądowań, a także skomplikowanej wymiany załóg samolotów.

W ramach tych lotów polskie samoloty przewiozły około 2 tys. obywateli innych państw (w tym Niemców Francuzów, Litwinów, Estończyków, Ukraińców, a nawet Japończyków) w ramach współpracy z ambasadami tych państw.

3. MSZ zakończył już akcję #LotDoDomu ale nie wyklucza jeszcze pojedynczych lotów, gdyby w jakiś punkcie świata zebrała się dostatecznie duża grupa polskich obywateli, którzy chcieliby skorzystać z takiego przelotu.

Co do zasady jednak teraz ci Polacy, którzy pozostali poza granicami i będą chcieli wrócić do kraju, będą mogli skorzystać z unijnego mechanizmu obrony cywilnej, do którego Polska przystąpiła pod koniec marca.

W ramach tego mechanizmu obywatele UE w tym oczywiście Polacy, będą mogli skorzystać nieodpłatnie z miejsc w samolotach innych krajów członkowskich, które będą przewoziły głównie swoich obywateli (za te przeloty płaci UE).

Z informacji na koniec marca, poza granicami UE przebywa ciągle około 80 tysięcy obywateli tych krajów, a ich sprowadzanie z najodleglejszych miejsc na świecie, potrwa jeszcze wiele tygodni (chyba że wcześniej otwarte zostaną granice i wznowione loty wszystkich linii lotniczych).

To właśnie dlatego polski rząd uruchomił własny program przywozu naszych obywateli do kraju, bowiem gdyby tego nie zrobił, to na ten unijny przewóz, musieliby oni czekać wiele tygodni.

4. Oczywiście polski rząd nie byłby w stanie przeprowadzić tak wielkiej akcji sprowadzenia Polaków do kraju, gdyby nie dysponował odpowiednio przygotowanymi liniami lotniczymi, które są jego własnością, a więc LOT S.A.

Przypomnijmy, że w 2012 roku, o mały włos nie doszło do upadłości samego LOT-u, a ówczesny premier Donald Tusk publicznie mówił, że nie jest zwolennikiem ratowania przedsiębiorstwa tylko dlatego, że to narodowy przewoźnik.

Ba podczas obrad sejmowej komisji ds. Amber Gold ważnym wątkiem było badanie sprawy próby doprowadzenia do upadłości LOT-u i wykupienia go przez OLT Express, spółkę zakupioną z pieniędzy tej piramidy finansowej.

5. Tylko ogromna presja ówczesnej opozycji w Sejmie (głównie klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości), a także opinii publicznej spowodowała, że rządzący zdecydowali się wystąpić do Komisji Europejskiej o zgodę na udzielenie przedsiębiorstwu pomocy publicznej.

Taką pomoc publiczną LOT ostatecznie otrzymał, ale zdecydowana poprawa sytuacji finansowej, nastąpiła dopiero po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość i powołaniu nowego zarządu w przedsiębiorstwie.

W czasie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa, posiadanie linii lotniczej pozwoliło polskiemu państwu wywiązać z podstawowego obowiązku wobec własnych obywateli, czyli umożliwić im powrót do rodzinnego kraju w sytuacji zagrożenia ich zdrowia i życia.

Przewieziono aż 55 tysięcy Polaków i ponad 2 tysiące obywateli innych państw i to w ciągu zaledwie trzech tygodni, a w sytuacji kiedy jeszcze ok. 80 tysięcy obywateli różnych krajów UE, będzie czekało jeszcze kilka tygodni na powrót do własnych krajów, akcję polskiego rządu należy uznać za bardzo udaną.

1. Polski rząd tak bezwzględnie atakowany w naszym kraju przez opozycję, że ponoć nie zajmuje się ani problemami w ochronie zdrowia związanymi z pandemią koronawirusa, czy sytuacją pracowników tracących pracę, czy też przedsiębiorców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji, okazuje się być niezwykle skutecznym nie tylko w kraju ale także na forum Unii Europejskiej.

Zaledwie przez 3 dni działania tzw. Tarczy antykryzysowej (przypomnijmy weszła w życie 1 kwietnia), wpłynęło około 200 tysięcy wniosków o różne instrumenty wsparcia, co świadczy, że ten pakiet rozwiązań wychodzi naprzeciw oczekiwaniom zarówno osób samozatrudnionych jak i przedsiębiorców.

Jednocześnie już 2 kwietnia Komisja Europejska, zaakceptowała jako jeden z pierwszych w UE, polski program pomocy mający wspierać polską gospodarkę w związku z pandemią koronawirusa.

2. Polska przedstawiła Komisji program gwarancji dotyczący istniejących lub nowych pożyczek, który ma wspierać przedsiębiorstwa dotknięte skutkami pandemii wywołanej przez koronawirusa.

Wsparcie to ma polegać na tym, że Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK), który pełni rolę krajowego banku rozwoju, będzie udzielał gwarancji publicznych na pożyczki inwestycyjne i obrotowe do końca tego roku, a suma tych gwarancji może opiewać nawet na 22 mld euro, a więc około 100 mld zł.

Z programu będą mogły korzystać średnie i duże polskie przedsiębiorstwa ze wszystkich sektorów gospodarki a celem wsparcia jest ograniczenie ryzyka, jakie wiąże się z udzielaniem pożyczek przedsiębiorstwom, które są najbardziej dotknięte skutkami gospodarczymi obecnego kryzysu.

Program pomoże przedsiębiorstwom zaspokoić pilne zapotrzebowanie na środki obrotowe albo inwestycyjne albo też zapewni przedsiębiorstwo odpowiednią płynność, tak aby mogły kontynuować działalność mimo gwałtownego spadku przychodów.

3. Pomoc oferowana przedsiębiorstwom przez BGK będzie mogła mieć różny charakter od dotacji, czy pożyczek, przez ubezpieczenie kredytów eksportowych do gwarancji, które mogą pokrywać nawet 100 % ryzyka kredytowego.

Dotacje i zaliczki mają służyć przedsiębiorstwom na pokrycie pilnych potrzeb związanych z utrzymaniem płynności, nie mogą jednak przekroczyć wartości 800 tys. euro na przedsiębiorstwo.

Z kolei gwarancje na pożyczki zaciągane przez przedsiębiorstwa, mogą pokrywać do 90% ryzyka związanego z tymi pożyczkami o charakterze obrotowym albo inwestycyjnym, a przypadku pożyczek do 800 tys. euro gwarancje mogą pokryć nawet 100% ryzyka.

Wreszcie możliwe jest także wsparcie w postaci ubezpieczenia kredytów eksportowych w przypadku kiedy przedsiębiorca sprzedaje swoje produkty z odroczonym terminem płatności.

4. KE zapowiedziała także wprowadzenie nowego instrumentu służącego ochronie miejsc pracy i osób pracujących we wszystkich krajach członkowskich o wartości do 100 mld euro (SURE) i to dopiero będą nowe środki, które Komisja chce pozyskać z rynku finansowego.

Środki te mają służyć współfinansowaniu różnych form zmniejszonego czasu pracy dla pracowników, wprowadzanego przez przedsiębiorców, którzy zmagają się z trudnościami gospodarczymi na skutek pandemii koronawirusa.

Te środki będą jednak sukcesywnie pożyczane przez KE na rynku (KE ma wysoki rating AAA więc będzie pożyczała bardzo tanio) pod warunkiem jednak, że wcześniej państwa członkowskie nimi zainteresowane, udzielą stosownej gwarancji w minimalnej wysokości do 25% pożyczanej kwoty.

Polski rząd więc nie tylko bardzo szybko przygotował pakiet ustaw w postaci Tarczy antykryzysowej, która jak widać po 3 dniach jej stosowania, cieszy się dużym zainteresowaniem przedsiębiorców ale także przygotował dobry program gwarancji kredytowych na blisko 100 mld zł, bardzo szybko zaakceptowany przez Komisję Europejską.

1. Wczoraj późnym popołudniem Sejm prawie jednomyślnie uchwalił ustawę o szczególnych rozwiązaniach wspierających realizację programów operacyjnych w związku z wystąpieniem COVID-19 w 2020 roku, pozwalającą na przeznaczenie niewykorzystanych środków z budżetu UE na lata 2014-2020 na cele związane ze zwalczaniem skutków koronawirusa zarówno w ochronie zdrowia jak i gospodarce.

Przedstawiając jej zawartość minister funduszy i polityki regionalnej Małgorzata Jarosińska-Jedynak, po raz kolejny wyjaśniła, że środki którymi może dysponować nasz kraj Polska, są szacowane na ok.7,5 mld euro ale są pieniądze pochodzące z już raz nam przyznanych w 2013 roku środków pochodzących z Funduszu Spójności.

Co więcej minister potwierdziła, że Polska na koniec 2019 roku była w pierwszej czwórce państw wykorzystujących najlepiej środki europejskie, a poziom już zakontraktowanych środków na koniec lutego tego roku wynosi aż 83,3% (środków na które są podpisane umowy z beneficjentami).

Podkreśliła także, że nieprawdziwe są informacje, że jakiekolwiek środki finansowe Polska miałaby stracić, a możliwość ostatecznego rozliczenia pieniędzy z tej perspektywy zgodnie z unijną zasadą n+3, kończy się w grudniu 2023 roku.

A więc gdyby resort i marszałkowie województw zakontraktowaliby na koniec marca tego roku 100% środków z Funduszu Spójności, to teraz mielibyśmy dokładnie „zero” unijnych pieniędzy na walkę ze skutkami koronawirusa.

2. Przypomnijmy, że w połowie marca przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen na konferencji prasowej przedstawiła pakiet wsparcia dla krajów UE dotkniętych epidemią koronawirusa w wysokości 37,3 mld euro.

Miało to być wsparcie dla gospodarek krajów członkowskich głównie sektora małych i średnich firm, kierowane według uznania poszczególnych rządów, w tym także jako uzupełnienie pomocy krajowej dla tego sektora.

Z tego pakietu do Polski miało trafić blisko 7,4 mld euro, na Węgry 5,6 mld euro, do Hiszpanii -4,1 mld euro, Portugalia ponad 3 mld euro, Słowacja blisko 2,5 mld euro, wreszcie Włochy ponad 2,3 mld euro, pozostałym krajom, przypadają niższe kwoty.

3. Wtedy w mediach zresztą nie tylko w Polsce, pojawiły się w związku z tym informacje, że Komisja Europejska bardzo szybko zareagowała na epidemię koronawirusa i kieruje do państw członkowskich, bardzo solidne wsparcie finansowe.

Tyle tylko, że wspomniane środki finansowe pochodziły z kopert narodowych Funduszu Spójności rozdzielonych pomiędzy poszczególne kraje członkowskie w negocjacjach budżetowych perspektywy finansowej na lata 2014-2020.

W tym roku ta perspektywa finansowa się kończy ale w związku z obowiązującą w Funduszu Spójności zasadą n+3, rozliczenia będą trwały do roku 2023, a więc część środków w każdym kraju członkowskim jest to tej pory nie wykorzystana (w Polsce jak już wspominałem chodzi o około 17%).

4. Wspomniana ustawa przyjęta przez Sejm upraszcza procedury rozstrzygania konkursów, w określonych przypadkach pozwala na rezygnację z zamówień publicznych przy ich wykorzystaniu (szczególnie w przypadku zakupów sprzętu i materiałów medycznych dla placówek ochrony zdrowia), upraszcza sposoby rozliczania projektów i programów.

Przyjęta przez Sejm prawie jednomyślnie ustawa jeszcze dzisiaj zostanie przekazana do Senatu, z nadzieją, że ten nie będzie jej przetrzymywał przez 30 dni jak to marszałek Tomasz Grodzki ma w zwyczaju.

Jeżeli Senat zajmie się projektem szybko, to już w następnym tygodniu może on zostać uchwalony i wejść w życie, a potencjalni beneficjenci z obszaru ochrony zdrowia będą mogli rozpocząć starania o środki finansowe zarówno w ramach 4 programów sektorowych zarządzanych przez ministrów jak i 16 programów regionalnych zarządzanych przez marszałków województw.

1. W ostatnich dniach przez media przebiegła informacja, że po wielu latach polskie PGNiG wygrało przed Trybunałem Arbitrażowym w Sztokholmie spór cenowy z rosyjskim Gazpromem, dotyczący dostaw gazu w ramach tzw. kontraktu Jamalskiego.

Arbitraż ustalił cenę kontraktową dostarczanego do Polski gazu, która ma obowiązywać strony wstecznie od 1 listopada 2014 roku do 29 lutego 2020 roku, czyli od momentu złożenia przez PGNiG wniosku o renegocjację jego ceny.

Według szacunku PGNiG chodzi o zwrot przez Gazprom kwoty 1,5 mld USD (a więc kwoty ok. 6,2 mld zł po obecnym kursie USD) i mimo tego, że jest to kwota wręcz astronomiczna, nie ma specjalnego zainteresowania mediów jak to się stało, że zgodziliśmy się na tak niekorzystne ceny gazu i kto za to odpowiada.

2. Wiele na temat tego kontraktu można się było dowiedzieć z raportu NIK opublikowanego w 2013 roku , a jego główną sentencją było stwierdzenie „Polska zdecydowanie przepłaca za gaz kupowany w Rosji”.

Otóż w grudniu 2010 roku za zgodą rządu Donalda Tuska ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak z ówczesnym wicepremierem Rosji Sieczinem podpisali porozumienie o dodatkowych dostawach rosyjskiego gazu do Polski.

Umowę podpisano do roku 2022 ale nastąpiło to dopiero po burzliwej debacie w Sejmie, zarządzonej zresztą na wniosek PiS, bo wcześniej rząd Donalda Tuska, forsował umowę gazową z Rosją aż do roku 2037 (do tego momentu umowa z Rosją była negocjowana aż na 27 lat).

Poza tym w kontrakcie zawarte były inne niekorzystne dla Polski zapisy: formuła cenowa kupowanego gazu oparta na cenach ropy naftowej i ceny prawie 2- krotnie wyższe niż te po jakich Rosja chciała wówczas sprzedawać gaz Chinom i znacznie wyższe niż dla odbiorców w Europie Zachodniej takich jak RWE E.ON, czy GDF Suez, zakaz reeksportu przez Polskę gazu kupionego w Rosji, opcja bierz i płać (a więc płać także wtedy kiedy nie jesteś w stanie gazu zużyć).

3. Sam Tusk i wicepremier Pawlak zapewniali jednak wtedy, że Polska podpisała najlepszy jak można było kontrakt gazowy, a jego cechą szczególną jest stabilność dostaw gazu, o cenach kupowanego od Rosjan gazu, obydwaj „taktownie” jednak milczeli.

Na skutek przyjętej w kontrakcie formuły cenowej cena gazu dla Polski już w 2012 roku przekroczyła magiczną granicę 500 USD za 1000 m3 i wtedy dopiero rząd Tuska się obudził i nieśmiało zażądał od Rosjan obniżek.

Negocjacje toczyły się całymi miesiącami i kiedy okazało się, że są kompletnie nieskuteczne, PGNIG wniósł pozew do Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie w listopadzie 2014 roku (dlatego dopiero od tego momentu Trybunał uznał cenę gazu za zawyżoną).

4. Co więcej w listopadzie 2019 roku zarząd PGNiG poinformował, że przekazał rosyjskiemu Gazpromowi oświadczenie woli o zakończenie długoterminowego kontraktu kupna-sprzedaży gazu ziemnego do Polski.

Kontrakt zwany Jamalskim obowiązuje od 1996 roku, podpisał jeszcze rząd Leszka Milera i po przedłużeniu go przez rząd Donalda Tuska obowiązuje do końca 2022 roku (rząd Donalda Tuska jak już wspominałem chciał nawet, żeby obowiązywał on aż roku 2037).

Zaledwie po 4 latach rządów Prawa i Sprawiedliwości, na tyle zaawansowano warunki do stworzenia bezpieczeństwa gazowego bez dostaw tego surowca z Rosji, że PGNiG mógł sobie pozwolić na wydanie takiego oświadczenia woli.

5. To bezpieczeństwo gazowe wynika między innymi z tego, że rośnie import gazu skroplonego LNG i to nie tylko w ramach tzw. kontraktu katarskiego, ale głównie ze źródeł z USA i zarówno tzw. sportowych, ale przede wszystkim w ramach kontraktów długoterminowych.

Takich kontraktów długoterminowych z firmami z USA, PGNiG podpisał już pięć, jeden z nich będzie realizowany już od tego roku, pozostałe od roku 2022 i 2023, wtedy kiedy wzrośnie zdolność absorpcyjna Gazoportu w Świnoujściu.

Rozpoczęła się jego rozbudowa z dotychczasowej pojemności 5 mld m3 do 7,5 mld m3, co więcej Unia Europejska uznała tę inwestycję za ważne przedsięwzięcie dywersyfikacyjne i wsparła środkami finansowymi z unijnego budżetu.

Jednak kluczem do rezygnacji z dostaw rosyjskiego gazu do Polski w ramach kontraktu długoterminowego, jest budowa i przewidywane oddanie do użytku do jesieni 2022 roku gazociągu Baltic Pipe.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości sprząta po 8 letnich rządach PO-PSL, a odzyskanie ponad 6 mld zł od Gazpromu jest tylko jeszcze jednym potwierdzeniem, że były to rządy niesłychanie szkodliwe dla Polski.