1. Kilka dni temu Narodowy Bank Polski (NBP), poinformował, że dokonał wpłaty do budżetu państwa kwoty ponad 8,87 mld zł, tj. 95% zysku wypracowanego za rok 2020 (zysk ten wyniósł 9,34 mld zł).

Już w połowie kwietnia na konferencji prasowej prezes NBP prof. Adam Glapiński, poinformował, że kierowany przez niego bank centralny wypracował w 2020 roku rekordowy zysk, wynoszący ponad 9,3 mld zł i jest on o 1,5 mld zł większy (o blisko 20%), niż ten wypracowany w 2019 roku.

To ogromny sukces zarządu banku i jego prezesa, bo ten wynik udało się osiągnąć mimo recesji w polskiej gospodarce spowodowanej pandemią koronawirusa i konieczności prowadzenia przez NBP „kosztownej” polityki monetarnej nakierowanej na wspieranie przedsiębiorców.

Po zatwierdzeniu sprawozdania finansowego NBP przez Radę Ministrów, w ciągu 14 dni 95% tej sumy czyli blisko 8,9 mld zł, zgodnie z ustawą, zostanie wpłacone do budżetu państwa i jak posumował prezes Glapiński „środki te będą w budżecie należycie, z korzyścią dla społeczeństwa, użytkowane”.

Od momentu kiedy prezes Glapiński kieruje bankiem centralnym wypracował on już 26,3 mld zł zysku z czego ok. 25 mld zł zostało przekazane do budżetu państwa i wsparło między innymi politykę społeczną rządu Zjednoczonej Prawicy.

2. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z ustawą, NBP ma obowiązek dokonać wpłaty z zysku w wysokości 95% ale o tym czy ten zysk osiągnie informuje rząd dopiero pod koniec roku wtedy kiedy zna wyniki między innymi polityki lokat rezerw, a także rachunku zysków i strat wynikających z kształtowania się kursu złotego w stosunku do głównie amerykańskiego dolara, euro, franka szwajcarskiego i brytyjskiego funta.

Nie znamy szczegółów sprawozdania NBP za rok 2020 (będą one znane po przyjęciu go przez Radę Ministrów) ale wygląda na to, że polityka lokowania rezerw jak i kształtowanie się różnic kursowych było na tyle korzystne, że sumarycznie wynik finansowy NBP przekroczył i to wyraźnie 9 mld zł, w konsekwencji duża część tej kwoty trafi do budżetu państwa.

3. Na pojawienie się wysokiej kwoty zysku w bilansie NBP miała zapewne wpływ także decyzja Rady Polityki Pieniężnej (RPP) z listopada 2019 roku o zmianie zasad tworzenia rezerw na pokrycie strat z tytułu ryzyka kursowego.

Po tych zmianach rezerwy na ryzyko kursowe są tworzone tylko z dodatniego wyniku kursowego (powstaje gdy złoty się osłabia w stosunku do innych walut), a nie z całej nadwyżki przychodów nad kosztami NBP, co więcej usunięto z dotychczasowych przepisów przepis wyznaczający docelową wysokość tej rezerwy.

Wprowadzenie zmian tych przepisów, powoduje, że w kolejnych latach nie będzie już takich sytuacji, że NBP nie wykazuje w ogóle zysku, jego kwota być może będzie niższa niż osiągnięta w 2020 roku ale będzie występowała corocznie.

Niezależnie od tych zmian w przepisach, działania zarządu NBP za 2020 rok należy ocenić bardzo wysoko, czego potwierdzeniem jest nie tylko bardzo wysoka wpłata części zysku do budżetu państwa ale także bardzo silne wsparcie polskich przedsiębiorców poprzez odpowiednią politykę monetarną banku centralnego.

4. Obecny zarząd NBP pod kierownictwem prof. Glapińskiego trzeba docenić także za dynamiczny wzrost naszych rezerw walutowych, które na koniec lutego 2021 wyniosły blisko 135 mld euro (wzrost o ponad 16% w ujęciu r/r), a w przeliczeniu na USD to kwota prawie 163 mld.

Prezes Glapiński zapowiada, że do powiększonych za jego kadencji o połowę zasobów złota (obecnie wynoszą ok. 229 ton i w większości są już przechowywane w Polsce), w ciągu najbliższych kilku lat, NBP chce dokupić przynajmniej 100 ton i magazynować je także w Polsce.

Konsekwencją tych wszystkich działań a także tego, że Polska jest zaliczana do kategorii krajów wysoko rozwiniętych, jest teraz to, że to my pożyczamy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu (MFW), a Bank Światowy (BŚ), prosi nas o podniesienie w nim naszego wkładu.

1. Ogromny niepokój i zmieszanie w Polsce wywołała informacja, ogłoszona na początku czerwca w mediach, że duńska Komisja odwoławcza ds. Środowiska i Żywności, cofnęła pozwolenie środowiskowe dla gazociągu Balitic Pipe w części lądowej przebiegającej przez ten kraj.

Zaskoczona tą decyzją wydawała się duńska spółka Energinet, realizująca cześć lądową Baltic Pipe na terenie tego kraju, uzyskała pozwolenie środowiskowe w 2019 roku i realizowała zawarte w nich zalecenia dotyczące ochrony niektórych gatunków zwierząt występujących na terenach, przez które przebiega nitka gazociągu o długości 210 km.

Natomiast dwie pozostałe części gazociągu Baltic Pipe (odcinek norweski i polski w tym także w części morskiej), są realizowane zgodnie z harmonogramem przyjętym przed rozpoczęciem tej inwestycji.

Przypomnijmy, że inwestycja ta w całości ma być zrealizowana do końca września 2022 roku, tak aby już późną jesienią mógł popłynąć tym gazociągiem gaz do Polski i można było zrezygnować z zakupów rosyjskiego gazu.

Z końcem 2022 roku kończy się bowiem wieloletnia umowa na dostawy gazu do Polski pomiędzy Gazpromem i PGNiG i zarząd polskiej firmy już oficjalnie w 2019 roku poinformował Rosjan, że nie będzie negocjował nowego kontraktu.

2. Teraz pojawiają się jednak uspakajające informacje, także od pełnomocnika polskiego rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej minister Piotra Naimskiego, który w poprzednim tygodniu na konferencji Nafta-Gaz- Chemia 2021, powiedział między innymi, że „problemy środowiskowe w Danii wyglądają dużo bardziej racjonalnie, gdy patrzy się na to od środka”.

I dodał , że „obecnie trwają rozmowy, analizy, ale nikt nie podważył terminu uruchomienia gazociągu Baltic Pipe, czyli 1 października 2022 roku, a wiec terminu, który był wcześniej przewidziany w harmonogramie realizacji tej inwestycji.

Także wiceminister d/s kimatu Adam Guibourge- Czetwertyński, który spotkał się ministrem klimatu Danii, Danem Jorgensenem na ostatnim posiedzeniu Rady UE d/s klimatu w Brukseli, potwierdził, że Duńczycy są mocno zaangażowani w projekt Baltic Pipe.

Duński minister podczas tej rozmowy stwierdził, że „operator Energinet.dk, pilnie pracuje nad sposobami wypełnienia wymogów środowiskowych oraz zapewnieniem realizacji projektu na czas”.

O chęci swojego zaangażowania w rozwiązanie problemu duńskiego operatora, poinformowała także Komisja Europejska, która w swym oświadczeniu podkreśliła, że budowa Baltic Pipe „jest ważnym elementem dywersyfikacji dostaw gazu, dzięki któremu możliwe będzie częściowe uniezależnienie się od rosyjskiego paliwa”.

3. Przypomnijmy, że projekt Baltic Pipe składa się aż z 5 elementów: połączenia systemu norweskiego na Morzy Północnym z systemem duńskim, rozbudowy trasy przesyłu gazu przez Danię, budowę tłoczni gazu na duńskiej wyspie Zelandia, podmorski gazociąg z Danii do Polski wraz z terminalem odbiorczym, oraz z rozbudowy polskiego systemu przesyłowego.

Baltic Pipe ma mieć zdolność przesyłową 10 mld m3 gazu rocznie z Danii do Polski i 3 mld m3 z Polski do Danii, co stworzy także możliwość przesyłania gazu wydobywanego przez PGNiG z własnych złóż, znajdujących się na Norweskim Szelfie Kontynentalnym i na Morzu Północnym.

Gazociąg Baltic Pipe jest kluczowym przedsięwzięciem do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa w zakresie dostaw gazu, bowiem po rozbudowie gazoportu w Świnoujściu umożliwiającej przyjmowanie 7,5 mld m3 gazu skroplonego i zwiększenia wydobycia własnego w 2022 roku, jak już wspomniałem, nie będziemy musieli przedłużać umowy od dostaw gazu z Rosji.

W ten sposób już pod koniec 2022 roku „Balitic Pipe może być kolejnym oknem na świat polskiego systemu gazowego, a ponadto w ten sposób możemy realnie doprowadzić do zróżnicowania dostaw gazu, szczególnie nierosyjskiego na nasz rynek, a także rynki innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej” (trwają intensywne rozmowy z krajami UE położonymi na południe od Polski, dotyczące rozbudowy ich sieci gazowych na kierunku Północ-Południe).

1. Rafał Trzaskowski już dawno przestał się zajmować Warszawą, choć jest jej prezydentem, a ostatnio odwiedza inne duże miasta, rządzone przez polityków Platformy i na otwartych spotkaniach zachęca do udziału w sierpniu w Olsztynie, w wydarzeniu pod nazwą „Campus Polska Przyszłości”.

Także w sobotę w sobotę w Gdańsku, na spotkaniu na otwartej przestrzeni z udziałem prezydent tego miasta Aleksandrą Dulkiewicz, przy symbolicznej frekwencji (uczestniczyło w nim zaledwie kilkadziesiąt osób) jak ma to w zwyczaju atakował rząd Zjednoczonej Prawicy i zachęcał do udziału w jego nowym politycznym przedsięwzięciu.

W pewnym momencie jednak niespodziewanie stwierdził, że ma „plan odbudowy Rzeczpospolitej Polskiej”, co brzmi jak smutny żart w zestawieniu z jego „sukcesami” po blisko już 3-letnim zarządzaniu Warszawą.

2. Rafał Trzaskowski nie ma żadnych zahamowań, żeby kłamać jak na zamówienie ale jeżeli prezydent Warszawy po 3 latach rządzenia i licznych „katastrofach” do których doprowadził, teraz mówi, że „ma plan odbudowy RP”, to bezczelność tego człowieka może tylko przerażać.

Przypomnijmy, że w lutym tego roku podczas z jednej z konwencji programowych Platformy, Trzaskowski przestawiał zamierzenia tej partii po zdobyciu władzy w Polsce w zakresie ochrony środowiska.

Człowiek, który odpowiada za to, że już od blisko 1,5 roku, co jakiś czas do Wisły i to długimi tygodniami płyną nieoczyszczone ścieki, prezydent miasta, które ma najwyższe ceny za odpady w Polsce, a także najbardziej awaryjną infrastrukturę techniczną, ma być wiarygodny dla Polaków, prezentując im jak przyszłe rządy Platformy uratują środowisko w naszym kraju.

Sytuacja w Warszawie jest oczywiście trudna z wielu powodów, także dlatego, że po 14. latach nieprzerwanego zarządzania miastem przez ludzi Platformy, wiele elementów infrastruktury technicznej, się po prostu „sypie”.

Każdy większy deszcz powoduje niedrożność kanalizacji burzowej i zalania dużych części miasta, awarie sieci ciepłowniczej zdarzają się w ciągu każdego sezonu grzewczego, a tej zimy to wręcz przekleństwo, nie ma dnia, żeby jakaś znacząca część miasta nie była pozbawiona ogrzewania, w mediach społecznościowych wręcz porównuje się Warszawę do Islandii, tyle jest codziennie gejzerów z ciepłą wodą wydobywającą się z pękniętych rur ciepłowniczych.

Wręcz „przekleństwem” dla Trzaskowskiego okazała się oczyszczalnia ścieków Czajka, wybudowana kosztem 4 mld zł, oddawana z pompą przez Hannę Gronkiewcz-Waltz z udziałem ówczesnego premiera Donalda Tuska w 2012 roku, która jest budowlanym bublem, a na same kary związane z zatruwaniem Wisły nieoczyszczonymi ściekami, wydano już kilkadziesiąt milionów złotych.

3. Z kolei na początku maja uczestnicząc zdalnie w panelu zorganizowanym przez Atlantic Council dotyczącym pandemii koronawirusa i szczepień przeciw Covid 19, Trzaskowski wspiął się wręcz na Himalaje kłamstwa.

Trzaskowski poinformował bowiem pozostałych panelistów i prowadzącego, że to on osobiście uratował sytuację w Warszawie, zabezpieczając odpowiednie ilości odzieży ochronnej, sprzętu medycznego, łóżek w szpitalach, wreszcie teraz opracował i wdraża system szczepień mieszkańców miasta.

Jak twierdził w sytuacji kiedy rząd doprowadził do chaosu już podczas drugiej i trzeciej fali Covid 19, on „wziął odpowiedzialność w swoje ręce”, zareagował bardzo szybko, bo „lepiej od rządu wiedział, jak przygotować się do walki z pandemią”.

4. Na te bezprzykładne kłamstwa zareagował zarówno minister zdrowia Adam Niedzielski pisząc na jednym z portali społecznościowych, że „czasem brak słów by skomentować kłamstwo przeplatane megalomanią” jak i wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, który koordynuje organizację ochrony zdrowia i walkę z pandemią koranwirusa na terenie Mazowsza.

Jak podkreślał wtedy wojewoda jeżeli z kimś z zarządzających Warszawą miał kontakt w sprawach ochrony zdrowia w ciągu ostatniego roku to byli zastępcy Trzaskowskiego, a on sam najczęściej był nieobecny w urzędzie.

Teraz Trzaskowski ogłasza, że ma plan odbudowy RP ale kto mu w ten plan uwierzy, skoro od 3 lat nie jest w stanie rozwiązać problemów związanych ze ściekami, a ostatnio także ze śmieciami, których koszty dla mieszkańców są najwyższymi nie tylko w Polsce ale także wyższe niż w największych europejskich miastach.

1. Wczoraj w podkrakowskich Balicach odbyła się już 3 debata dotycząca realizacji „Polskiego Ładu” z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego i ministra Grzegorza Pudy, tym razem poświęcona wsi i rolnictwu.

Premier i minister rolnictwa nawiązywali do dwóch unijnych strategii: „Od pola do stołu” nazywanej także czasami „Od wideł do widelca”, a także „Bioróżnorodności”, których realizacja będzie zmieniała rolnictwo europejskie na bardziej przyjazne człowiekowi, zwierzętom i środowisku.

Na przygotowanie do ich realizacji w ramach reformowanej w tym celu Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), europejscy rolnicy będą mieli 1,5 roku, już pod koniec tego miesiąca zostaną ostatecznie przyjęte w tym celu 3 wielkie rozporządzenia: Planów Strategicznych 27 krajów UE, finansowania WPR do 2027 roku oraz Wspólnej Organizacji Rynków.

2. Są różnego rodzaju przekłamania dotyczące zawartości tych strategii jak i rozporządzeń reformujących WPR ale tak w największym skrócie, mają one na celu realizację wizji europejskiego rolnictwa, która już ponad 6 lat temu została zaprezentowana w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości.

Chodzi o postawienie na rozwój małych i średnich gospodarstw, które produkują żywność metodami tradycyjnymi, zużywając mniejsze ilości pestycydów, nawozów sztucznych, antybiotyków, mogąc bezpośrednio sprzedawać wytworzone przez siebie produkty, także te przetworzone we własnym zakresie w swojej gminie czy powiecie.

Tak się składa, że rolnicy w Polsce wliczając w to nawet produkcję o charakterze przemysłowym, zużywają np. pestycydów zawierających 2,13 kg substancji aktywnej na 1hektar, natomiast rolnicy holenderscy 9,3 kg czyli blisko 5 razy więcej, Holandia ma 700 sztuk trzody chlewnej na 100 hektarów, Polska tylko 80 sztuk, Holandia ma 225 sztuk bydła na 100 hektarów , Polska tylko 40 sztuk.      

Prezentując te dane chce podkreślić, że produkcja roślinna i zwierzęca jest w Polsce parokrotnie mniej intensywna niż ta holenderska, czy duńska i w związku tym nasi rolnicy zdecydowanie łatwiej dostosują się do wymogów zreformowanej WPR i obowiązków wynikających ze wspomnianych wyżej dwóch strategii, ba uzyskają z tego dodatkowe wsparcie z ramach dopłat bezpośrednich.

3. Co więcej ponieważ Polska wynegocjowała z unijnego budżetu ponad 21,6 mld euro w ramach I filaru (dopłaty bezpośrednie) i ponad 9,5 mld euro w ramach II filaru (rozwój obszarów wiejskich), a więc sumarycznie ponad 31 mld euro, będą więc środki na dodatkowe wsparcie dla małych średnich gospodarstw.

Środki na dopłaty bezpośrednie są zapisane w transzach po średnio 3,1 mld euro rocznie (od blisko 3 mld euro w roku 2021 do blisko 3,2 mld euro w roku 2027), co powinno pozwolić po odpowiednich przesunięciach środków finansowych z filara II do I, na wyrównanie dopłat bezpośrednich na hektar gruntów rolnych do wysokości przynajmniej średniej unijnej.

To wyrównanie szczególnie w odniesieniu do rodzinnych gospodarstw rolnych będzie tym łatwiejsze jeżeli rolnicy z tych gospodarstw zdecydują się realizować jeden z 4 proponowanych przez Komisje Europejską tzw. ekoprogramów.

Na realizację tych ekoprogramów każdy kraj członkowski powinien w swoim programie strategicznym wydzielić przynajmniej 30% środków przeznaczonych na dopłaty bezpośrednie (a więc w Polsce około 1 mld euro rocznie), a to oznacza, że te gospodarstwa będą mogły korzystać z dodatkowego poważnego wsparcia finansowego na każdy hektar.

4. Ponadto w ramach Krajowego Planu Odbudowy, na wieś i rolnictwo przeznaczono ponad 2,3 mld euro, czyli ponad 10 mld zł, z koniecznością wydatkowania do roku 2026, co oznacza dodatkowe wsparcie dla inwestycji infrastrukturalnych na terenach wiejskich.

W tej kwocie zawarte jest 1,2 mld euro, które rząd chce przeznaczyć na skracanie łańcuchów dostaw, a to oznacza wsparcie dla tworzenia lokalnego przetwórstwa, zarówno produkcji roślinnej i zwierzęcej, co przy uwolnieniu rolniczego handlu detalicznego (zdecydowane zwiększenie wartości nieopodatkowanej sprzedaży detalicznej), będzie zachęcało mniejsze i średnie gospodarstwa, także do zajęcia się przetwórstwem, być może w oparciu o grupy producenckie albo spółdzielnie rolnicze.

5. Jeżeli dodamy do tego kontynuowanie wsparcia dla Kół Gospodyń Wiejskich, Ochotniczych Straży Pożarnych, wiejskiej oświaty, kultury i sportu, to możemy powiedzieć, że Zjednoczona Prawica ma kompleksowy program na najbliższe 10 lat dla wsi i rolnictwa.

Co więcej jest to program zgodny z europejskimi strategiami od „Pola do stołu” i „Bioróżnorodności” a także wymogami reformy WPR zawartymi w trzech wyżej wspomnianych unijnych rozporządzeniach, które wejdą w życie od początku 2023 roku.

I o tym była wczorajsza debata w ramach „Polskiego Ładu” dotycząca wsi i rolnictwa, a ponieważ została ona zorganizowana tuż po tych poświęconych zdrowiu i rodzinie, widać jakie wysokie miejsce ma ta problematyka, pośród priorytetów programowych Zjednoczonej Prawicy.

1. W ostatni czwartek na sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, odbyło się głosowanie nad rezolucją w sprawie mechanizmu warunkowości, została ona przyjęta zdecydowaną większością głosów, 506 europosłów było za, 150 przeciw, 28 wstrzymało się od głosu.

Europosłowie głosujący przeciw są członkami dwóch grup politycznych, Tożsamość i Demokracja (ID) i Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR), której członkami jest 27 europosłów Zjednoczonej Prawicy, przeciw głosowali także europosłowie niezrzeszeni.

Poparli rezolucję członkowie 5 grup politycznych, w tym także wszyscy europosłowie Platformy, PSL-u, SLD i Wiosny, co w związku z jej zawartością, można uznać za głosowanie antypolskie.

2. Wprawdzie skuteczność tego typu rezolucji jest często żadna, bowiem od roku 2010 w PE odbyło się aż 24 debaty dotyczące praworządności i głosowano kilkanaście rezolucji w tej sprawie, a wymiernych rezultatów ich przyjęcia, specjalnie nie widać.

Ta jednak idzie bardzo daleko, bowiem zawiera między innymi groźbę adresowaną do Komisji Europejskiej, że jeżeli w ciągu 2 najbliższych tygodni, nie rozpocznie stosowania rozporządzenia dotyczącego blokowania środków dla krajów, którym wykaże łamanie praworządności, to PE zaskarży jej bezczynność do TSUE.

Co więcej w rezolucji zawarte jest także stwierdzenie, że brak stosowania tego rozporządzenia przez KE i oczekiwanie na rozstrzygniecie przez TSUE skargi Polski i Węgier w tej sprawie, może spowodować rozpoczęcie przez PE procedury odwołania całej Komisji.

3. Przypomnijmy, że występujący w debacie dotyczącej praworządności europosłowie z Polski, Andrzej Halicki z Platformy, Rober Biedroń z Wiosny i Sylwia Spurek z Zielonych, wszyscy atakowali nasz kraj, używając w tym celu często nieprawdziwych informacji.

Jedynie zabierający głos w tej debacie prof. Ryszard Legutko z Prawa i Sprawiedliwości, bronił Polski, między innymi stwierdzając, że rzeczywiście w UE mamy problem z praworządnością ale nie na poziomie krajów członkowskich, tylko w instytucjach europejskich, które wręcz ostentacyjnie łamią Traktaty.

Profesor przypomniał opinie prawne Rady Unii Europejskiej z 2014 i 2018 roku, obydwie miażdżące dla projektu rozporządzenia w sprawie praworządności, niestety przez kilka lat utajnione, ujrzały światło dzienne dopiero w 2020 roku ale nie zostały wzięte pod uwagę.

Właśnie ze względu na zawartość tych opinii prawnych, Polska i Węgry zdecydowały się wnieść skargę do TSUE w sprawie tego rozporządzenia, co więcej przeforsowały na posiedzeniu Rady Europejskiej w grudniu 2020, że KE poczeka z jego stosowaniem do czasu rozstrzygnięcia tej sprawy przez Trybunał (wczoraj okazało się, że TSUE chce przyśpieszyć rozpatrzenie tej skargi i odbędzie się to na przełomie października i listopada).

4. Niestety europosłowie z Polski wywodzący się z partii opozycyjnych od momentu wygrania wyborów w Polsce przez Zjednoczoną Prawicę i powołania rządu premier Beaty Szydło, na wszelkie sposoby szkodzą naszemu krajowi, bardzo często rozpowszechniają nieprawdziwe informacje.

W jednej z debat w PE europoseł Robert Biedroń stwierdził, że w Polsce są takie miejsca, gdzie nie wpuszcza się ludzi ze środowiska LGBT i użył przykładu jakiegoś lokalu gastronomicznego, od tamtej pory ta informacja żyje już swoim życiem i jest podawana jako prawdziwa, w różnego rodzaju tekstach przyjmowanych przez PE.

Podobnie było z potraktowaniem uchwał niektórych samorządów o sprzeciwie wobec ideologii LGBT, były one przedstawiane w PE jako uchwały o strefach, w których nie mogą przebywać ludzie z tego środowiska, co zostało jeszcze wzmocnione happeningami Barta Staszewskiego, który instalował tabliczki o strefach wolnych od LGBT na tablicach informacyjnych z nazwami miejscowości.

Zdjęcia tych tabliczek rozpowszechniane w mediach społecznościowych, zostały przyjęte jako potwierdzenie faktu, że w Polsce rzeczywiście są takie miejsca, że nasze prawo to sankcjonuje, a więc nasz kraj nie przestrzega wartości europejskich i jest niepraworządny.

To tego rodzaju „fakty” świadczą między innymi o niepraworządności w Polsce, a europosłowie z opozycji chcą, żeby na ich podstawie Komisja blokowała wielomilionowe środki pochodzące z budżetu UE, przeznaczone dla naszego kraju.

Jeżeli to nie jest antypolska postawa , to co może nią być?