1. Wczoraj w porannej audycji w TVN24 gościem redaktora Konrada Piaseckiego był Jan Vincent Rostowski, były wicepremier i minister finansów w rządzie koalicji PO-PSL w latach 2008-2014.

Wywiady tego jednego z czołowych polityków PO, wyglądają coraz częściej jak występy kabaretowe, ale dodatkowo okazuje się, że Rostowski traktuje Polaków tak jakby nie mieli pamięci.

W wywiadzie u Piaseckiego stwierdził miedzy innymi, że wtedy, kiedy tuż po wygranej przez Prawo i Sprawiedliwość mówił, że „nie ma pieniędzy i nie będzie”, to miał na myśli realizację całego programu tej partii.

  1. Jeszcze dalej posunął się jednak twierdząc, że bez jego i premiera Tuska decyzji o zabraniu 153 mld zł OFE i przeniesienia ich do ZUS w 2013 roku i tym samym zmniejszenia długu publicznego w relacji do PKB o ponad 8 punktów procentowych, nie byłoby szans na realizację sztandarowego programu Prawa i Sprawiedliwości Rodzina 500 plus.

Przypomnijmy tylko, że dzięki przechwyceniu 153 mld zł aktywów OFE w 2013 roku, rządzący zmniejszyli wydatki budżetu państwa na 2014 rok o 23 mld zł (o 8 mld zł mniejsze wydatki na obsługę części krajowej długu publicznego i o ponad 15 mld zł zmniejszone dotacje do FUS) i w związku z tym deficyt budżetu państwa na rok 2014 wyniósł „tylko” 47,7 mld zł, a nie około 70 mld zł.

Drugim „osiągnięciem” wynikającym z tzw. reformy OFE była wyraźna poprawa dramatycznej do tej pory sytuacji w całym systemie finansów publicznych.

Przypomnijmy także, że rok 2013 zakończył się deficytem sektora finansów publicznych w wysokości 70,6 mld zł, czyli 4,3% PKB i był wyższy od tego w 2012 roku, kiedy to wyniósł on 3,9% PKB (po zmianie metody liczenia PKB wprowadzonej przez Eurostat te wskaźniki po ponownym przeliczeniu są trochę lepsze).

Jednocześnie dług publiczny liczony metodą unijną (ESA 95) wyniósł 932,5 mld zł, czyli aż 57% PKB i był wyraźnie wyższy od tego na koniec 2012 roku, kiedy wyniósł 55,6%.

A więc na koniec 2013 roku, dług publiczny przekroczył wyraźnie II próg ostrożnościowy zapisany w ustawie o finansach publicznych (55% PKB) i zaczął się zbliżać szybkimi krokami do tego 60% zapisanego w Konstytucji RP.

  1. Po tej operacji z zabraniem aż 153 mld zł w 2014 roku dług publiczny wyniósł 50% PKB, ale później znowu zaczął rosnąć do 54% PKB i dopiero rząd Prawa i Sprawiedliwości zaczął zmniejszać do 49,2% PKB na koniec 2018 roku.

To zmniejszanie miało miejsce mimo realizacji już od 2016 roku sztandarowych programów Prawa i Sprawiedliwości takich jak Rodzina 50 plus, czy obniżenie wieku emerytalnego, co sumarycznie kosztowało ponad 30 mld zł rocznie.

Miał, więc rację europoseł Platformy Michał Boni, który niedawno powiedział w jednym z wywiadów, że „skok” koalicji PO-PSL, poprawił stan finansów publicznych tylko na rok, a później znowu relacja długu do PKB znowu zaczęła się powiększać.

W tej sytuacji rozważania ministra Rostowskiego, że przeniesienie środków z OFE do ZUS w 2013 roku, pozwoliło rządowi Prawa i Sprawiedliwości na realizację programu Rodzina 500 plus w 2016 roku, są kłamstwem, co więcej wygłaszanym z przekonaniem, że Polacy mają krótką pamięć.

Podczas rządów PO-PSL i kierowania finansami przez ministra Rostowskiego, rzeczywiście nie było pieniędzy na realizację programów społecznych, bo było polityczne przyzwolenie na wręcz masową „prywatyzację” podatków, w tym w szczególności podatku VAT.

Co więcej rząd ten zostawił gospodarkę i finanse publiczne (mimo skoku na kasę OFE) w stanie „przedzawałowym” i dopiero radykalne uszczelnienie systemu podatkowego i ograniczenie szarej strefy pozwoliło nie tylko na znaczącą poprawę tego stanu, ale także na znaczący wzrost wydatków na programy społeczne.

Panie ministrze Rostowski, na nic Pana kabaretowe występy medialne, Polacy mają dobrą pamięć.

  1. W ostatnich dniach poseł Michał Boni udzielił wywiadu dla „Rzeczpospolitej”, w którym niespodziewanie pozwolił sobie na szczerość i skrytykował tzw. skok na OFE, którego w 2013 roku dokonał rząd Donalda Tuska.

Wtedy Michał Boni był ministrem administracji i cyfryzacji i musiał głosować na posiedzeniu Rady Ministrów za projektem ustawy, na podstawie, której tego „skoku” dokonano (nie było wtedy żadnego głosu odrębnego).

Teraz w wywiadzie mówi tak „Gdyby to zależało ode mnie, nie zlikwidowałbym OFE. Uważam, ze popełniliśmy błąd ratując pieniędzmi z OFE bieżący bilans budżetu. Uzyskaliśmy efekt na rok”.

Zadziwiająca szczerość, szkoda, że ponad 6 lat po tej decyzji i dopiero wtedy, kiedy Grzegorz Schetyna układając listy KE do wyborów do Parlamentu Europejskiego zaoferował europosłowi Boniemu dopiero 5 miejsce na liście w okręgu warszawskim.

  1. Przypomnijmy tylko, że dzięki przechwyceniu 150 mld zł aktywów OFE w 2013 roku, rządzący zmniejszyli wydatki budżetu państwa na 2014 rok o 23 mld zł (o 8 mld zł mniejsze wydatki na obsługę części krajowej długu publicznego i o ponad 15 mld zł zmniejszone dotacje do FUS) i w związku z tym deficyt budżetu państwa na rok 2014 wyniósł „tylko” 47,7 mld zł, a nie około 70 mld zł.

Drugim „osiągnięciem” wynikającym z tzw. reformy OFE była wyraźna poprawa dramatycznej do tej pory sytuacji w całym systemie finansów publicznych.

Przypomnijmy także, że rok 2013 zakończył się deficytem sektora finansów publicznych w wysokości 70,6 mld zł, czyli 4,3% PKB i był wyższy od tego w 2012 roku, kiedy to wyniósł on 3,9% PKB (po zmianie metody liczenia PKB wprowadzonej przez Eurostat te wskaźniki po ponownym przeliczeniu są trochę lepsze).

Jednocześnie dług publiczny liczony metodą unijną (ESA 95) wyniósł 932,5 mld zł, czyli aż 57% PKB i był wyraźnie wyższy od tego na koniec 2012 roku, kiedy wyniósł 55,6%.

A więc na koniec 2013 roku, dług publiczny przekroczył wyraźnie II próg ostrożnościowy zapisany w ustawie o finansach publicznych (55% PKB) i zaczął się zbliżać szybkimi krokami do tego 60% zapisanego w Konstytucji RP.

  1. Przechwycenie z OFE wspomnianych 150 mld zł obligacji skarbowych, spowodowało także zmniejszenie „na papierze” wielkości długu publicznego o tę właśnie sumę.

Umorzenie obligacji skarbowych będących w posiadaniu OFE na taką sumę, spowodowało, że jak już wspominałem dług publiczny zmalał o około 8% PKB, a to z kolei pozwoliło rządzącej koalicji uniknąć konieczności wykreślenia z ustawy o finansach publicznych II progu ostrożnościowego (przekroczenia przed dług publiczny wartości 55% PKB) i zbliżenia się do progu konstytucyjnego 60% PKB, a więc uniknąć także zarzutu zdemolowania finansów publicznych w ciągu 6 lat rządzenia.

Wprawdzie dług w takiej wysokości zniknął z tego jawnego, który pokazuje unijna metoda ESA95, zamienił się jednak w ten ukryty w ZUS, bowiem powiększył zobowiązania Skarbu Państwa wobec przyszłych emerytów.

  1. Rządząca koalicja Platformy i PSL-u forsując w 2013 roku tzw. reformę systemu emerytalnego, uzasadniała ją głównie pogarszającą się sytuację demograficzną w naszym kraju i koniecznością zapewnienia w przyszłości wystarczającej ilości rąk do pracy.

W 2015 roku dowiedzieliśmy się z wypowiedzi przedstawicielki resortu finansów podczas procesu przed Trybunałem Konstytucyjnym, że gdyby nie ten „skok na kasę”, rząd Tuska musiałby się publicznie przyznać, iż doprowadził polskie finanse publiczne wręcz do bankructwa.

Teraz w 2019 roku ówczesny minister administracji i cyfryzacji Michał Boni w przypływie „szczerości”, mówi, „że ratowanie budżetu pieniędzmi z OFE to był błąd i tych pieniędzy wystarczyło tylko na rok”.

Zadziwiająco szczera krytyka rządu, w którym się zasiadało, szkoda, że dopiero po 6 latach i to w sytuacji, kiedy szef partii nie dał tzw. biorącego miejsca na liście do Parlamentu Europejskiego.

1. W Sejmie na wniosek Prawa i Sprawiedliwości miała miejsce debata nad informacją rządu „W sprawie działań legislacyjnych podejmowanych w latach 2016-2018, prowadzących do uszczelnienia systemu podatkowego i zagwarantowania dochodów budżetowych pozwalających na realizowanie licznych programów społecznych”.

W imieniu rządu działania uszczelniające system poboru podatku VAT prezentował wiceminister finansów Filip Świtała, podkreślił rolę pakietu paliwowego wprowadzonego w 2016 roku, który doprowadził do znacznego wzrostu wpływów z VAT i akcyzy od legalnego obrotu paliwami.

Przypomniał także wprowadzenie Jednolitego Pakietu Kontrolnego-VAT (JPK-VAT), czyli systemu miesięcznego raportowania zakupów i sprzedaży VAT, który dostarcza służbom skarbowym ogromnego zestawu danych, których analiza pozwala na precyzyjne zaprojektowanie działań kontrolnych.

JPK-VAT od stycznia 2018 roku jest już systemem kompletnym, obejmuje wszystkie 1,6 mln firm -płatników podatku VAT, w ten sposób służby skarbowe dysponują pełnym zestawem informacji związanych z legalnym obrotem towarami i usługami w naszym kraju.

Jak podkreślił minister wszystkie te działania spowodowały, że wyłudzanie podatku VAT z budżetu państwa na masową skalę staje się obecnie coraz bardziej ograniczone, niemal niemożliwe.

2. Przypomnijmy, że wpływy z tego podatku podczas rządów PO-PSL wyniosły: w 2008 roku 102 mld zł; w 2009 tylko 99 mld zł; w 2010- 108 mld zł, w 2011 wzrosły do 121 mld zł, (ale od 1 stycznia 2011 wzrosły stawki tego podatku o 1 pkt procentowy, czyli o 5%), w 2012- 120 mld zł; w 2013 zastanawiająco spadły do 113 mld zł; w 2014- 124 mld zł, a w 2015 -123 mld zł.

Jakiś czas temu przedstawiając raport w tej sprawie, resort finansów podkreślił, że w latach 2008-2015, nominalny wzrost PKB wyniósł aż 40%, natomiast wpływy z VAT wzrosły tylko o 21%, przy czym należy pamiętać, że w roku 2011 podniesiono stawki VAT o 1 punkt procentowy, czyli, o 5%, co oznacza, że rzeczywisty wzrost wpływów z VAT w tym okresie wyniósł zaledwie 16%.

Co więcej mieliśmy w całym tym okresie do czynienia ze swoistą huśtawką wpływów z VAT, spadły one w stosunku do roku poprzedniego w roku 2009, w roku 2012, w roku 2013 nawet bardzo znacznie, wreszcie w roku 2015, choć w tych latach PKB w ujęciu nominalnym wzrastało po kilka procent rocznie.

3. Z kolei rządy Zjednoczonej Prawicy to wyraźny wzrost wpływów z VAT: już w 2016 roku były one o 4 mld zł wyższe niż w roku poprzednim (wyniosły 127 mld zł), w roku 2017 wręcz „eksplodowały”, bo wzrosły aż o 30 mld zł do kwoty 157 mld zł (wzrosły aż o 23% w ujęciu r/r), na rok 2018 zostały zaplanowane o 10 mld zł wyższe, (czyli miały wynieść 167 mld zł), a wyniosły 175 mld zł.

A więc w ciągu 3 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości wpływy z tego podatku wzrosły aż o 52 mld zł i uzyskanie takie przyrostu wpływów nawet po uwzględnieniu nominalnego wzrostu PKB w tym okresie dobitnie pokazuje, że w czasie rządów PO-PSL mieliśmy do czynienia ze złodziejstwem dotyczącym tego podatku, na które było swoiste przyzwolenie polityczne ze strony obydwu tych ugrupowań.

Jak podkreślił wiceminister Świtała jeszcze w 2012 roku luka w podatku VAT wyniosła 2,5% PKB, w roku 2016 dzięki radykalnym zmianom w prawie zmalała do 1,9% PKB, w 2017 roku zmalała do 1,4% PKB, a w roku 2018 według wstępnych szacunków wyniosła tylko 1,1% PKB.

4. Minister zwrócił także uwagę na znaczący przyrost wpływów z podatku CIT (w 2018 roku wzrost wpływów o 16%), mimo obniżenia stawki tego podatku do 15 % dla blisko 90% przedsiębiorstw, co oznacza, że coraz bardziej skutecznie działa wprowadzona w 2016 roku klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania.

Równie znacząco wzrosły również wpływy z podatku PIT, w 2018 roku wzrosły o ponad 15%, to oznacza znaczne powiększenie wpływów nie tylko do budżetu państwa, ale także do budżetów jednostek samorządu terytorialnego (50% wpływów z tego podatku trafia do gmin, powiatów i województw).

Sumarycznie tak duży przyrost wpływów z VAT, ale także CIT i PIT jest podstawowym źródłem finansowania licznych programów społecznych a także stwarza możliwość ich rozszerzania (jak w przypadku programu Rodzina 500 plus).

1. W środę po burzliwej debacie w Izbie Gmin ostatecznie odrzucono możliwość wyjścia W. Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, przeciwko twardemu Brexitowi głosowało 321 posłów, za taką możliwością 278 posłów, różnica, więc nie była taka wielka ( tylko 43 głosy).

Co więcej wcześniej zgłoszona poprawka, która wprowadziła do uchwały Izby zapis ostrego sprzeciwu wobec bezumownego Brexitu, przeszła zaledwie 4 głosami (312 posłów było za, 308 przeciw).

W tej sytuacji pozostawało Izbie Gmin wnioskowanie do rządu o przedłużenie okresu wychodzenia z UE do momentu wyborów do PE (wtedy W. Brytania nie musiałaby przeprowadzać wyborów do PE) albo na jeszcze późniejszy moment (wtedy do PE w W. Brytanii musiałby się odbyć) i wszystko wskazuje na to, że UE-27 jest gotowe zaakceptować taki wniosek.

Wczoraj z kolei Izba Gmin przegłosowała chęć przedłużenia terminu wyjścia UE stosunkiem głosów 412 za, 202 przeciw, przy czym może mieć ono charakter techniczny (trwający kilka miesięcy) albo znacznie dłuższy trwający przynajmniej kilkanaście miesięcy, ale wtedy na terenie W. Brytanii musiałby się odbyć wybory do Parlamentu Europejskiego.

Mimo tego trwają po obydwu stronach (zarówno w UE-27 jak i w W. Brytanii) intensywne przygotowania do bezumownego Brexitu, co może mieć charakter samospełniającej się przepowiedni.

2. Przypomnijmy, że w odrzuconej już dwukrotnie przez Izbę Gmin umowie z UE-27, W. Brytania zgodziła się między innymi na zagwarantowanie wszystkich praw obywatelom krajów UE-27 mieszkającym na jej terytorium (w tym Polakom), jakie mieli, kiedy była ona członkiem Unii Europejskiej.

Zgodziła się także zapłacić składkę nie tylko do 2020 roku, ale także przypadającą na nią część zobowiązań wynikających ze stosowania zasady n+3 w wykorzystywaniu środków z Funduszu Spójności, co oznacza, że mimo opuszczenia UE, będzie musiała zapłacić szacunkowo około 60 mld euro.

Nie zgodziła się jednak, aby Irlandia Północna została w unii celnej przez określony w porozumieniu czas (chodzi o to, że takie rozwiązanie nie stwarzałoby konieczności natychmiastowego stworzenia granicy pomiędzy Republiką Irlandii i Irlandią Północną), podczas gdy pozostała część Zjednoczonego Królestwa będzie już poza UE.

Właśnie, dlatego przyjęto tzw. rozwiązanie awaryjne (back-stop), a więc pozostawanie Zjednoczonego Królestwa w unii celnej po okresie przejściowym (po 2020 roku albo, jeżeli zostanie on przedłużony po 2021) i to to właśnie był jeden z powodów odrzucenia umowy w Izbie Gmin.

A to przecież oznaczałoby, że pod względem przepływów handlowych W. Brytania pozostawałaby w UE i nie mogła w pełni samodzielnie prowadzić polityki handlowej, czyli zawierać umów handlowych z krajami trzecimi.

3. Z polskiego punktu widzenia bezumowny brexit, byłby niekorzystny i to przynajmniej z trzech powodów:

- zagrożone zostałyby prawa Polaków przebywających na terenie W. Brytanii, choć w rozmowach dwustronnych premier May, miała je gwarantować nawet w przypadku „twardego” Brexitu,

- najprawdopodobniej W. Brytania nie byłaby gotować wpłacać do unijnego budżetu składkę do 2020 roku i regulować swoje zobowiązania, które powstaną po tym okresie,

-W. Brytania to drugi w UE nasz rynek eksportowy (po Niemczech), z tym krajem mamy wysoka nadwyżkę handlową, a bezumowne wyjście znacząco utrudni i pogorszy warunki handlowe.

W tej sytuacji z punktu widzenia naszego kraju najkorzystniejsze rozwiązanie to przedłużenie okresu wyjścia W. Brytanii z UE i takie zmiany choćby w deklaracji politycznej towarzyszącej umowie brexitowej, które pozwolą na uzyskanie większości w Izbie Gmin.

Wczoraj takie głosowanie jak już wspomniałem miało miejsce, wszystko wskazuje na to, że na przedłużenie terminu wyjścia W. Brytanii z UE, U-27 wyrazi jednak zgodę, pojawia się tylko pytanie czy będzie to przedłużenie o 2-3 miesiące czy też o kilkanaście miesięcy, a wtedy na terenie W. Brytanii musiałyby się odbyć wybory do PE.

  1. Wczoraj na dworcu autobusowym w Płońsku odbyła się konferencja prasowa premiera Mateusza Morawieckiego i ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, dotycząca realizacji jednego z przedsięwzięć zawartych w tzw. piątce Kaczyńskiego mianowicie deklaracji odbudowy lokalnego transportu zbiorowego (w gminach, powiatach), głównie poprzez reaktywację połączeń autobusowych.

Premier i minister zapowiedzieli szybkie skierowanie do Sejmu projektu ustawy o funduszu rozwoju połączeń autobusowych (obecnie projekt jest w konsultacjach społecznych), tak, aby został uchwalony już w połowie maja.

Minister Adamczyk poinformował, że z tegorocznego budżetu na odbudowę tych połączeń rząd chce wyasygnować 800 mln zł, środki te byłyby przekazywane samorządom w postaci dopłat do wozokilometra nie wyższych jednak niż 1 zł.

Ważnym rozwiązaniem zawartym w projekcie jest możliwość zawierania umów przez samorządy (gminy, powiaty, województwa) z przedsiębiorcami zajmującymi się transportem osób, w formule bezprzetargowej, co oznacza, że pozwoli na uruchomienie nowych połączeń już od połowy roku.

  1. Przypomnijmy, że brak połączeń lokalnych to bardzo poważny problem gospodarczy i społeczny, bowiem jak wynika z badań prowadzonych między innymi przez Klub Jagielloński, aż 14 mln osób w Polsce jest wykluczonych transportowo, a do 20% wsi w naszym kraju nie dociera żaden transport publiczny.

Właśnie, dlatego, że obecnie lokalny transport realizowany przez gminy i powiaty, a także przez przedsiębiorstwa PKS, występuje tylko w stanie szczątkowym, rząd Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się g odbudować.

Rząd chce przeznaczyć na ten cel rocznie jak już wspomniałem przynajmniej 0,8 mld zł, a ponieważ w projekcie ustawy zaproponowano utworzenie Funduszu, chodzi o to, aby ustanowić stały system wsparcia tego rodzaju przewozów.

  1. Przypomnijmy tylko, że w ustawie o samorządzie gminnym z marca 1990 roku lokalny transport zbiorowy uznany został, jako jedno z najważniejszych zadań, umieszczone w hierarchii obowiązków nawet wyżej niż na przykład: ochrona zdrowia, pomoc społeczna czy budownictwo mieszkaniowe.

W ten sposób wprawdzie usankcjonowano zastaną rzeczywistość, ponieważ już wtedy na trenie dużych miast funkcjonowały przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej, ale jednocześnie rozszerzono taką możliwość na wszystkie samorządy gminne.

Jednak blisko 30 lat później okazało się, że pomimo takich zapisów ustawowych ponad 2/3 gmin w Polsce w ogóle nie zajmuje się transportem zbiorowym i chociaż część samorządów gminnych przeznacza na ten cel ponad 8 mld zł rocznie, to ponad 90% tej kwoty stanowią wydatki miast na prawach powiatu.

Po powołaniu powiatów i przyznaniu także tym jednostkom samorządu terytorialnego odpowiedzialności za transport lokalny, także niektóre z nich zdecydowały się realizować takie zadania, ale są to niezwykle rzadkie przypadki.

  1. W tej sytuacji propozycja rządu, aby wesprzeć otworzenie lokalnego transportu zbiorowego, powinna trafić na podatny grunt w gminach i powiatach i samorządach województw, bo przecież samorządowcom powinno zależeć, aby ich mieszkańcy nie byli wykluczeniu transportowo.

Zapewne same dopłaty do wozokilometra nie wystarczą, aby w pełni odbudować lokalny transport zbiorowy, ale znaczący pierwszy krok w tym zakresie, zostanie w tym zakresie wykonany i to już w tym roku.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości ciągle dobrze odczytuje nastroje społeczne, wie, że większość Polaków zdecydowanie odrzuca „zwijanie państwa” i demontaż usług w sferze publicznej, co w sposób szczególny nasiliło się podczas 8-letnich rządów Platformy i PSL-u, stąd propozycja szybkiej odbudowy połączeń lokalnych.