1. Na portalu BiznesAlert.pl, red. Wojciech Jakóbik analizuje artykuł zamieszczony na francuskim portalu Opinion Internationale, w którym jego autorka Nikola Patras dowodzi, że poprzez ograniczanie dostaw gazu do krajów Europy Zachodniej, Gazprom doprowadził do gwałtownego wzrostu jego cen.

W związku z tymi działaniami Gazpromu, ceny gazu w Europie w transakcjach spotowych wzrosły aż 7,5-krotnie, co jest wzrostem wręcz szokującym, bowiem nawet w czasie wielkiego kryzysu energetycznego w latach 70-tych XX wieku, wzrost cen tego surowca był niższy, wzrosły one „tylko” blisko 4-krotnie.

Jednocześnie jak informuje francuski portal, duże niemieckie firmy, korzystające z gazu, najprawdopodobniej były wcześniej przez Rosjan poinformowane, o działaniach mających doprowadzić do dużego wzrostu cen tego surowca, o czym świadczą zapasy gazu zgromadzone latem, miedzy innymi przez niemiecki koncern BASF.

 

  1. Przypomnijmy, że zdaniem wielu ekspertów, trudna sytuacja energetyczna UE szczególnie na rynku gazu została spotęgowana świadomą prowadzoną od wielu miesięcy polityką Gazpromu, na którą przyzwalali Niemcy, a w konsekwencji także Komisja Europejska.

Otóż Rosjanie z Niemcami forsowali szybkie zakończenie budowy Nord Stream2, mimo amerykańskich sankcji w nadziei, że uda się go uwolnić od wymogów wynikających z tzw. III pakietu energetycznego.

Latem budowa gazociągu się zakończyła ale wtedy na skutek intensywnych działań polskiego PGNIG, okazało się, że jego niemiecki odcinek musi być tym pakietem objęty, a to oznacza, że dostarczanie nim gazu do Europy Zachodniej będzie możliwe dopiero za kilkanaście miesięcy, a może jeszcze później, na co Rosja nie może sobie pozwolić.

 

  1. Dlatego w miesiącach letnich Gazprom zmniejszył dostawy gazu istniejącymi rurociągami do Europy Zachodniej (a odpowiada za co najmniej 1/3 tego zaopatrzenia) i zaczął go dostarczać ze swoich dużych magazynów, które ma w Niemczech, Holandii i Czechach, czym znacząco obniżył zapasy w nich zgromadzone.

Gdy na jesieni zapotrzebowanie na gaz wzrosło, i pojawiły się informacje o pustych magazynach, gwałtownie zaczęły rosnąć jego ceny, Gazprom ogłosił, że jest gotów dostarczać gaz nowym gazociągiem Nord Stream2 ale konieczna jest jego szybka certyfikacja, ze względu na nadzwyczajną sytuację na tym rynku.

Zresztą cały czas trwa presja Rosji na kraje Europy Zachodniej na legalizację nowego gazociągu, bowiem Gazprom zarezerwował na 2022 roku aż o 90% mniej przepustowości Gazociągu Jamalskiego (przez Białoruś i Polskę do Europy Zachodniej) i o 55% mniej przepustowości Gazociągu Braterstwo (przez Ukrainę i Słowację i dalej do Europy Zachodniej), w stosunku do roku 2020.

 

  1. Teraz dowiadujemy się, że zamiary windowania cen przez Gazprom, były znane niektórym dużym niemieckim firmom, które już latem zaczęły znacząco zwiększać zapasy tego surowca, jedną z nich był wspomniany wyżej koncern BASF.

Wprawdzie Komisja Europejska w swoim komunikacie z 13 października, dotyczącym sytuacji na rynku gazu, zawarła punkt „o konieczności zbadania potencjalnych antykonkurencyjnych zachowań na rynku energii”, ale do tej pory nie ma jakiejkolwiek informacji o dokonanych ustaleniach.

A jest coraz bardziej jasne, że Gazprom narusza 102 artykuł Traktatu o funkcjonowaniu UE, a także Dyrektywę o ochronie konkurencji i konsumentów i w związku z tym Komisja Europejska ma mocne podstawy prawne do działania.

Po udowodnieniu łamania europejskiego prawa, kary z tego tytułu, mogą sięgnąć do 10% wartości obrotów firmy, potrzebna jest więc tylko wola polityczna aby podjąć takie działania przeciwko Gazpromowi, który zdestabilizował rynek gazowy w Europie Zachodniej, jednocześnie wcześniej informując o takich zamiarach „zaprzyjaźnione” niemieckie firmy.

  1. Wczoraj w Parlamencie Europejskim w Strasburgu odbyła się kolejna debata o sytuacji na granicy białorusko-polskiej i tym razem lewicowo-liberalna większość w PE zdecydowała, że był w niej eksponowany głównie wątek humanitarny.

Mimo tego, że za sytuację humanitarną na tej granicy odpowiada tylko i wyłącznie reżim Łukaszenki, to w tej debacie, to przede wszystkim nasze służby były oskarżane o brak empatii i wsparcia dla imigrantów, niestety także przez europosłów wybranych w Polsce.

Europosłom reprezentującym środowiska lewicowo-liberalne z krajów Europy Zachodniej, trudno się dziwić, niezmiennie prezentują takie poglądy od 2015 roku i tamtej imigracyjnej fali, ale poglądy tych wybranych w Polsce, znających szczegóły ataku hybrydowego Rosji i Białorusi na granicę białorusko-polską przy pomocy imigrantów, dosłownie szokują.

 

  1. W tej debacie chciał wziąć udział premier Morawiecki, chcąc przekazać informacje nie tylko o sytuacji na granicy białorusko-polskie ale także o działaniach Rosji podejmowanych na terenie Białorusi i na granicy rosyjsko-ukraińskiej w rejonie obwodów Donieckiego i Ługańskiego, zajmowanych przez separatystów powiązanych z Moskwą.

Przewodniczący PE się na to nie zgodził i w związku z tym argumenty premiera Morawieckiego przestawił w swoim wystąpieniu prof. Ryszard Legutko, przemawiający w imieniu frakcji ECR.

To niezwykle mocne tezy, pokazujące czarno na białym, że to Rosja Władimira Putina, chce zdestabilizować sytuację w UE, popychając reżim Łukaszenki do wykorzystania imigrantów z Bliskiego Wschodu jako swoiste „żywe tarcze” na granicy białorusko-polskiej ale także intensywnie przygotowuje się do ataku na Ukrainę.

 

  1. Prof. Legutko w imieniu premiera Morawieckiego podkreślił, że polskiej ale jednocześnie zewnętrznej granicy UE, broni od wielu tygodni około 20 tysięcy funkcjonariuszy Straży Granicznej i Policji oraz żołnierzy Wojska Polskiego i jest to regularna bitwa o przyszłość Europy.

Wymienił aż 7 rodzajów różnego rodzaju działań, które powinny natychmiast podjąć instytucje europejskie, aby zablokować kolejne, destabilizujące UE, działania reżimów Putina i Łukaszenki.

A więc, po pierwsze, żadnych ustępstw wobec obydwu reżimów, po drugie „nic o nas bez nas”, po trzecie solidarność wobec wspólnego zagrożenia, po czwarte, słowa już nie wystarczą, potrzebne są mocne sankcje, po piąte, konieczna współpraca transatlantycka, bo to nie tylko konflikt z UE ale także z NATO, po szóste, konieczna zasadnicza zmiana polityki energetycznej UE i wreszcie po siódme, Ukraina i Mołdawia musza dostać jasny mocny sygnał, że nie zostaną zostawione na pastwę neoimperialnej polityki Moskwy.

 

  1. Szczególnie mocno wybrzmiał wątek związany z ze spodziewaną agresją Rosji na Ukrainę i Mołdawię.

Pojawiły się bowiem informacje, że kryzys migracyjny wywołany przez białoruski reżim jest przykrywką dla przygotowywanej od miesięcy przez Putina operacji wojskowej „uporządkowania” sytuacji na Ukrainie, a także Mołdawii.

Miałoby to oznaczać ostateczne zaanektowanie przez Rosję obwodów Donieckiego i Ługańskiego (teraz na tym terytorium są tzw. ludowe republiki zarządzane przez separatystów), a w konsekwencji także trwałe zawrócenie Ukrainy z drogi do UE i do NATO.

Świadczy o tym z jednej strony gromadzenie wojsk rosyjskich wzdłuż granicy rosyjsko-ukraińskiej, z drugiej inspirowanie przez rosyjskie służby niepokojów na samej Ukrainie, do czego ponoć zaangażowano ludzi związanych z poprzednimi prezydentami tego kraju Poroszenką i Kuczmą.

Mołdawia jest na razie atakowana przede wszystkim energetycznie, bowiem w całości jest zależna od dostaw rosyjskiego gazu, ropy a także energii elektrycznej.

 

  1. Lewicowo-liberalna większość w PE, jak można się było spodziewać, niespecjalnie przejęła się zagrożeniami zaprezentowanymi przez prof. Legutko, natomiast KE podziela stanowisko Polski i w najbliższych dniach zostanie zaprezentowany mocny zestaw sankcji, głównie dotyczący firm zajmujących się sprowadzaniem imigrantów na Białoruś.

Także Rada Europejska, ustami swego przewodniczącego Charlesa Michela potwierdziła, że sytuacja na granicy białorusko-polskiej nie jest kryzysem imigracyjnym ale konfliktem politycznym w wyniku którego może być zagrożony samodzielny byt Ukrainy i Mołdawii.

  1. Polska pokazała w ostatnich tygodniach Europie i światu, że można skutecznie chronić swoich granic, będących także wschodnią granicą Unii Europejskiej, co jest poważnym ciosem w dotychczasową narrację establishmentu europejskiego, że nielegalnych imigrantów nazywanych często świadomie, uchodźcami, należy jednak przyjmować.

Dopiero później można decydować czy spełniają wszystkie warunki pozwalające na legalne pozostawanie takich osób w takim czy innym kraju członkowskim, a odsyłać ich do ojczyzny, dopiero jeżeli okazują się z jakiś powodów zagrożeniem.  

Taka narracja obowiązuje w krajach Europy Zachodniej od słynnej fali imigracyjnej z lata 2015 roku i słynnego „herzlich wilkommen” Angeli Merkel i dopiero obrazy szturmu imigrantów na granicy białorusko-polskiej i twarda obrona tej granicy przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, Policji, oraz żołnierzy Wojska Polskiego, często własnymi ciałami, złamały ten sposób myślenia.

Widać to po fali poparcia zwykłych ludzi z krajów Europy Zachodniej na portalach społecznościowych, podziwu, uznania i podziękowań dla służb mundurowych i polskiego rządu, za to, że pokazuje Europie jak się powinno to robić.

 

  1. Ale to co się stało w poprzedni poniedziałek na przejściu granicznym w Kuźnicy Białostockiej, to zaledwie jedna wygrana „bitwa”, od tego momentu reżim Łukaszenki zmienił taktykę i teraz atakuje granicę, przygotowanymi przez białoruskie służby mniejszymi grupami imigrantów na całej ponad 180 kilometrowej granicy.

Ba Łukaszenka publicznie mówi, że jego służby będą pomagały imigrantom, aby ci dostali się do wymarzonych Niemiec i powtarza w mediach propozycję aby ten kraj przejął przynajmniej 2 tysiące imigrantów (oficjalnie zdementowanej przez ministra spraw wewnętrznych ustępującego niemieckiego rządu).

Pojawiły się także informacje, że w związku z „wysychaniem” strumienia imigrantów z Bilskiego Wschodu, białoruskie służby zamierzają teraz sprowadzać imigrantów z Afganistanu i Uzbekistanu, co oznaczałoby, że białorusko-polska, granica będzie atakowana z ich użyciem jeszcze przez wiele miesięcy.

 

  1. Coraz częściej powtarzane są przy tej okazji informacje, że kryzys migracyjny wywołany przez białoruski reżim jest przykrywką dla przygotowywanej od miesięcy przez Putina operacji wojskowej „uporządkowania” sytuacji na Ukrainie.

Miałoby to oznaczać ostateczne zaanektowanie przez Rosję obwodów Donieckiego i Ługańskiego (teraz na tym terytorium są tzw. ludowe republiki zarządzane przez separatystów), a w konsekwencji także trwałe zawrócenie Ukrainy z drogi do UE i do NATO.

Świadczy o tym z jednej strony gromadzenie wojsk rosyjskich wzdłuż granicy rosyjsko-ukraińskiej, z drugiej inspirowanie przez rosyjskie służby niepokojów na samej Ukrainie, do czego ponoć zaangażowano ludzi związanych z poprzednimi prezydentami tego kraju Poroszenką i Kuczmą.

 

  1. Z powagi sytuacji na wschodnich rubieżach UE i NATO, nie zdaje sobie sprawy lewicowo-liberalny establishment w UE, który konsekwentnie atakuje kraje, które tylko przy pomocy własnych sił i środków, bronią zewnętrznych granic Wspólnot Europejskich.

Na przykład przeciwko Polsce i Węgrom w Parlamencie Europejskim uchwalane są całymi seriami rezolucje potępiające ich rządy tylko za to, że realizują programy wyborcze, dzięki którym partie je tworzące wygrały i to w sposób bezapelacyjny wybory parlamentarne, osiągając w swoich parlamentach, większości bezwzględne.

Z kolei Komisja Europejska z jednej strony popiera twardą postawę wobec nielegalnej imigracji, z drugiej domaga się zmiany prawa azylowego i działań humanitarnych wobec imigrantów, którzy znajdują się na terenie Białorusi i są wypychani na granicę przez służby specjalne tego kraju.

Co więcej wobec obydwu krajów, KE blokuje akceptację ich Planów Odbudowy, przy okazji wręcz ostentacyjnie łamiąc rozporządzenie, które precyzyjnie reguluje obowiązki stron, negocjujących jego ostateczny kształt.

Ostatnio KE zdecydowała się także wysłać do Polski pismo oznaczające tak naprawdę uruchomienie procedury wynikającej z tzw. mechanizmu warunkowości, mimo tego, że blisko rok temu na posiedzeniu Rady Europejskiej, zobowiązała się do powstrzymania się od takich działań do czasu rozstrzygnięcia przez TSUE, sporu z Polską i Węgrami o zgodność rozporządzenia opisującego ten mechanizm z Traktatami.

 

  1. Wydaje się, że jest już najwyższy czas aby szefowie rządów krajów członkowskich na kolejnym posiedzeniu Rady Europejskiej, zwrócili uwagę KE i PE na powagę sytuacji na wschodniej flance i materializujące się tam zagrożenia i zażądali zaprzestania szykan wobec krajów, które wzięły na siebie cały ciężar ochrony wschodniej i południowej granicy UE.

To negatywne nastawienie KE i PE do rządów Polski i Węgier i wynikające z niego szykany, znacząco utrudniają rządom tych krajów prowadzenie skutecznych działań na granicach zewnętrznych UE i  ich ochrony przed nielegalną imigracją.

  1. Po tym jak w poniedziałek 15 listopada, parogodzinny szturm setek imigrantów, wspieranych przez białoruskie służby na przejściu w Kuźnicy Białostockiej, został odparty przez polskie służby mundurowe i stało się jasne, że naszej granicy nie da się w ten sposób sforsować, natychmiast politycy opozycji rozpoczęli narrację, że to rozmowy kanclerz Angeli Merkel z Władimirem Putinem i Aleksandrem Łukaszenką, przyczyniły się do uspokojenia sytuacji na granicy białorusko-polskiej.

To oczywista nieprawda, bo po poniedziałkowym szturmie, służby Łukaszenki tylko zmieniły taktykę ataku, dzielą imigrantów na mniejsze grupy, liczące po kilkadziesiąt osób i rozwożą je ciężarówkami w różne miejsca liczącego ponad 180 km odcinka, chronionego tymczasowym ogrodzeniem i nakłaniają nocą do ich nielegalnego przekraczania.

Białoruscy mundurowi wyposażają imigrantów w nożyce do przecinania drutów, w drabiny, które są rzucane na tymczasowe ogrodzenie, a sami oślepiają polskich żołnierzy i funkcjonariuszy Straży Granicznej laserami i światłem stroboskopowym, często również atakują kamieniami, aby w ten sposób umożliwić im nielegalne przekraczanie granicy.     

 

  1. Co więcej wszystko wskazuje na to, że te próby nie ustaną, ponieważ ponad 2 tysiące imigrantów, zostało przez służby mundurowe Białorusi, umieszczone w wielkim centrum logistycznym w okolicach przejścia granicznego Bruzgi- Kuźnica i zapewne będą wykorzystywani do różnych prób forsowania granicy białorusko-polskiej.

Natomiast koczowisko imigrantów na przejściu w Kuźnicy zostało przez służby białoruskie pośpiesznie zlikwidowane, a teren sprawnie uprzątnięty, tylko dlatego, że Polska zagroziła dyktatorowi, zamknięciem przejścia kolejowego w tym miejscu, niezwykle ważnego z punktu widzenia gospodarki tego kraju i dochodów jego budżetu.

Obecnie presja na granicę jest trochę mniejsza także dlatego, że Irak zdecydował się ewakuować swoich obywateli do kraju, tych którzy zgłoszą takie oczekiwanie i w pierwszym locie z Mińska zabrano ponad 400 imigrantów, a kolejne loty nastąpią pod koniec tego miesiąca.

W sytuacji kiedy strumień imigrantów z Bliskiego Wschodu wysycha, także w związku z zakazem lotów do Mińska z Iraku i Syrii, reżim Łukaszenki chce sprowadzać kolejnych imigrantów tym razem z Afganistanu i Uzbekistanu, co oznacza, że próby destabilizacji sytuacji na granicy białorusko-polskiej i jednocześnie zewnętrznej  granicy UE, będą trwały jeszcze długo.

 

  1. Natomiast podjęcie rozmów przez Merkel z Putinem i Łukaszenką, jak się wydaje, było spowodowane przede wszystkim próbą ratowania własnej twarzy, przez odchodzącą z polityki, kanclerz Niemiec.

Otóż w 2015 roku tłumaczyła ona Niemcom konieczność swego słynnego „herzlich wilkommen”, zaadresowanego do imigrantów szturmujących południowe granice UE tym, że nie można było ich fizycznie zatrzymać.

Polska natomiast pokazała, że można to zrobić, wystarczy odpowiednia determinacja rządu i innych instytucji państwa, skierowanie w tym celu na granicę odpowiedniej ilości sił i środków i nasze służby graniczne, wspomagane przez wojsko i policję tego dokonały, często broniąc granicy własnymi ciałami.

 

  1. Filmy z tej obrony są hitem w mediach społecznościowych, to na ich podstawie Polska znalazła się w centrum zainteresowania opinii publicznej w krajach Europy Zachodniej i taka postawa polskiego rządu i służb mu podległych, spotkała się tam wręcz z entuzjastycznym przyjęciem.

Mimo tego, że duża część mediów w Europie Zachodniej w związku z panującą tam poprawnością polityczną, eksponuje wątek humanitarny i przekonuje o konieczności otwarcia unijnych granic dla imigrantów, tysiące internautów dziękuje Polsce za obronę granic i podziwia polski rząd i nasze służby mundurowe, broniące granicy UE przed nielegalną imigracją.

To tego zwycięstwa Polski boi się establishment wielu krajów UE i instytucje europejskie, stąd takie, a nie inne działania Merkel i Macrona, stąd też panika polityków Platformy i Lewicy i ich narracja, że to odchodząca kanclerz Niemiec, zażegnała kryzys na granicy białorusko-polskiej.

To oczywista nieprawda, to polscy funkcjonariusze Straży Granicznej i Policji, a także żołnierze Wojska Polskiego, obronili naszą i jednocześnie granicę zewnętrzną UE, a nie rozmowy Merkel z Putinem i Łukaszenką.

  1. Ostatnią długą nieobecność Donalda Tuska w przestrzeni publicznej, od 11 aż do 19 listopada, prześmiewczo tłumaczono w mediach społecznościowych w ten sposób, że przewodniczący Platformy wróci, jeżeli na urlop pójdzie redaktor Miłosz Kłeczek z TVP Info.

Rzeczywiście dziennikarz telewizji publicznej, musi przyprawiać Tuska o palpitacje serca, każde jego pytanie wywołuje u niego wyraźnie widoczne zdenerwowanie, zaciskanie rąk w pięści i coraz mocniejsze inwektywy jako odpowiedzi.

Na jednej z ostatnich konferencji prasowych, jeszcze z obecnością dziennikarzy (bo ostatnia konferencja była już bez ich obecności, a pytania można było zadawać esemesowo), red. Kłeczek zapytał Tuska, co oznaczają jego gwarancje, że Polska otrzyma jednak unijne pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy (KPO), były szef rządu stwierdził, że o takich gwarancjach nigdy nie mówił (choć mówił na konferencji w Sopocie po wyborze go na przewodniczącego Platformy), a następnie zarzucił dziennikarzowi, że ten powinien wiedzieć co to jest szczucie, bo pracuje w telewizji, która tym się, jego zdaniem, zajmuje.

Red. Kłeczek zrewanżował się Tuskowi, że w takim razie to on powinien wiedzieć co to jest zdrada, bo mówił o gwarantowaniu środków z KPO dla Polski, a następnie nakazał europosłom z Platformy aby w Parlamencie Europejskim głosowali za zablokowaniem środków dla Polski nie tylko z KPO ale także unijnego budżetu.

 

  1. Mimo tego, że otoczenie Tuska dwoi się i troi, żeby red. Kłeczek mógł zadać tylko jedno pytanie, żeby więcej już go nie dopuścić do głosu, to takie fizyczne przepychanki z dziennikarzem pokazywane przez telewizję, nie przysparzają chwały Tuskowi, który przecież wrócił do polskiej polityki z etykietą niezwykle sprawnego mówcy, co więcej w każdej sytuacji dysponującego błyskotliwą ripostą.

Jednak w starciach z red. Kłeczkiem widać wyraźnie, że wybicie Tuska z konceptu jest niezwykle łatwe, wcale nie jest taki sprawny w mówieniu, natychmiast gubi wątek i pozostają mu tylko inwektywy, tym mocniejsze, im jest bardziej zdenerwowany.

Kilka tych konferencji pokazało, że jeden dobrze przygotowany dziennikarz, potrafi kilkoma celnymi pytaniami wręcz „zdemolować” dotychczasowy wizerunek Tuska jako wyjątkowo sprawnego człowieka w kontaktach z mediami.

 

  1. Przy czym niepowodzenia Tuska w medialnych starciach z red. Kłeczkiem, politycy Platformy tłumaczyli tym, że telewizja publiczna wręcz „poluje” na przewodniczącego Platformy, a dziennikarz nie jest obiektywny.

Po tym tygodniu nieobecności w sferze publicznej, Tusk miał powrócić „głośnym” wywiadem dla generalnie wspierającego opozycję, portalu Wirtualna Polska, którzy przeprowadził redaktor Patrycjusz Wyżga i rzeczywiście ta ponad półgodzinna rozmowa stała się głośna ale dlatego, że dziennikarz zrobił z przewodniczącego Platformy, dosłownie „miazgę”.

Przy czym dziennikarz prowadząc ten wywiad nie zrobił niczego nadzwyczajnego, po prostu zadawał pytania i nie dawał się zbyć byle czym, tylko dopytywał, dodatkowe pytania rozsądnie uzasadniając.

 

  1. Taką kwestią pokazującą kompletną intelektualną pustkę Tuska, było pytanie, gdyby był teraz premierem to w jaki sposób walczyłby z pandemią, przewodniczący PO zbył odpowiedzią, że to nie jest sprawa opozycji, a jego zadaniem jest wygranie najbliższych wyborów.

Ale dziennikarz był nieustępliwy i dopytywał argumentując, że jeżeli Tusk nie będzie przestawiał propozycji swojej partii w tak ważnych kwestiach jak walka z pandemią, to wyborów nie wygra, bo wyborców jednak interesuje program.

Tusk na to już nie odpowiedział, tylko po raz kolejny zaatakował PiS, zresztą te ataki miały miejsce w zasadzie przy każdej kwestii, o którą red. Wyżga pytał przewodniczącego Platformy.

 

  1. Tusk został rozłożony na łopatki, prostymi pytaniami o to co zrobiłby będąc premierem, jak walczyłby z pandemią, czy jak dawałby sobie radę przy ataku hybrydowym przy pomocy imigrantów na naszą wschodnią granicę.

W tej drugiej sprawie kłamał zresztą jak z nut, bo twierdził, że od początku tego ataku sugerował rządowi twardą postawę i go wspierał, choć portale społecznościowe są pełne filmików z jego kilku poprzednich konferencji prasowych gdzie atakował rząd i sugerował, że twarda blokada granicy, to wręcz barbarzyństwo wobec tych biednych ludzi.

Na wątpliwości dziennikarza, że jednak jego wypowiedzi w tej sprawie były bardzo różne, domagał się ich konfrontacji, co chyba jest jakąś wyższą formą masochizmu?

Gdyby więc nie istnienie rządu PiS, Morawieckiego i Kaczyńskiego, których Tusk atakuje za wszystko, to przewodniczący PO, nie miałby dosłownie nic do powiedzenia, na żaden ważny temat.

Dobrze przygotowani i wykonujący swe obowiązki dziennikarze red. Miłosz Kłeczek z TVP Info i Patrycjusz Wyżga z WP doprowadzili do tego, że mit Donalda Tuska jako sprawnego polityka, lidera największej partii opozycyjnej i kandydata na przyszłego premiera, legł po prostu w gruzach.